Nie mogłam wierzyć. Jest tam. Jest wszystko po staremu.Zardzewiałe sople na dachu, dwa parkingi. Zaparkowaliśmy na tym co zawsze,czyli tym mniejszym. Mama jak zwykle wyszła otworzyć bramę, a ja jak zwykle czułam to co zawsze. Zwykłe podekscytowanie. Niesamowite ,że mogę to poczuć. Wyciągnęliśmy walizki. Nie zabraliśmy się na raz,ponieważ jest tego za dużo. Zeszliśmy po jak zwykle śliskich schodkach i już byliśmy przed drzwiami. Otworzyliśmy je i byliśmy w małym przedpokoiku gdzie znajduje się drewno. Poczułam to. To wszystko. Weszliśmy. Rzuciłam walizki na ziemię. Wzruszyłam się. Podbiegłam do pani właścicielki. Uściskałyśmy się. Kompletnie mnie nie poznała. Byliśmy prawie ostatni. Wszyscy już byli. Nagle zebrali się przy nas i zaczęliśmy się witać. Każdy nie mógł mnie rozpoznać. Naprawdę się zmieniłam. Był nawet pan Jacek, z którym kiedyś był spór, był pan Wojtek, którego kiedyś zabrała karetka rano ze swoją żoną. Był person,nasz piesek, który dla przyjaciół nazywany był pierdzioch. Gdy przywitałam się ze wszystkimi , zbiegł na dół po jak zwykle skrzypiących schodach Andrew, Christopher i Brandon. Uśmiechnęłam się. Oni mieli takie oczy , jakby nie wiadomo kogo widzieli. Podbiegłam do nich, Andrew wziął mnie na ręce. To było zabawne. Przytuliłam się z nimi.
- Wow. Jak żeśmy wszyscy powyrastali. Pamiętam nas tutaj jak wyglądaliśmy jak takie małe żuczki ,które śmigały po całym pensjonacie. - zaśmialiśmy się wszyscy. Dziwne to było, ale jeszcze raz się przytuliliśmy, a ja już miałam łzy w oczach.
- Nie płacz Mary. - uśmiechnął się Andrew i otarł łzę spływającą po moim policzku.
- Nie płaczę, tylko się wzruszyłam,bo nie wierzę ,że mogę tutaj znowu być. - porozmawialiśmy jeszcze chwileczkę, lecz musiałam iść zanieść rzeczy.
- Jak skończysz to przyjdź na górę. - zabrało mi dech w piersiach. Kiedyś zawsze tak mówili. Raz to nawet wparowali do mojego pokoju jak trójca przenajświędsza i oznajmili, że mam z nimi iść, bo będą 'bazy' i mam nie siedzieć sama w pokoju. I później naprawdę było fajnie.
- Jasne. - pocałowałam ich w policzek ,wzięłam swoją walizkę i zaniosłam ją do pokoju numer 4. Kiedyś gdy już nie było pana Jacka i jego pieska persona, to mieliśmy jego pokój numer 1,lecz teraz jest tak jak zawsze. Uwielbiam to. Znów poczułam zapach zimnego pokoju. Rzuciłam się na swoje łóżko, w którym zawsze spałam. Ahh....
- Mało rzeczy zostało w aucie, więc nie musisz po nie iść. Rozpakuj się. - pocałowała mnie mama w czoło i wyszła. Ja jak zwykle to robie, położyłam się na łóżko. To moja taka stara tradycja. Głośno odetchnęłam i uśmiechnęłam się. Po 2 minutach wstałam, rozpakowałam się i wyszłam z pokoju. Nie zamykałam go ,bo wiedziałam ,że mama zaraz wróci. Powolnym krokiem szłam przez korytarz, znów to samo uczucie. Ciarki przeszły mnie po plecach i znów chciało mi się płakać. Zawsze ganialiśmy się po tym korytarzu i jakiś rodzic zawsze nas opieprzał. Uwielbiam. Gdy byłam już na górze uśmiechnęłam się do chłopaków. Podeszłam do stołu tenisowego ,który dalej tam był. Dalej była jedna kanapa, dalej poskładane były szare krzesła i był ten telewizor. Zamarznięte okno i podrapane drzwi przez Maxa, psa właścicieli. Usiadłam na kanapie.
- No to opowiadajcie. Co się u was działo przez tyle lat? - zaśmiałam się do nich.
- No co miało być. Szkoła, oceny, dwór, imprezy, dużo się w sumie zmieniło.- powiedział Andrew ,odbijając piłeczkę od pingponga. - A u Ciebie? - dokończył Chris.
- Wow. U mnie to się w sumie wszystko zmieniło. Poczynając od włosów kończąc na całym życiu. No ale też szkoła, oceny, imprezy, znajomi i dużo innych rzeczy. - mówiłam uśmiechając się i patrząc w jeden punkt ,próbując nie palnąć jakiejś wcale nie ważnej rzeczy. Np. tego ,że kilka lat temu przez pół roku walczyłam z depresją, czy z uzależnieniami, czy z tym aby nie myśleć o różnych chłopakach których zraniłam.
- Zagramy w pingla? - zapytał się Brandon.
- Grajcie, ja popatrze, jak zwykle. - zaczęłam się śmiać, oni zresztą też. Podczas gry ciągle się z czegoś śmialiśmy. Czułam się idealnie. Nawet lepiej niż przez te wszystkie lata. Nagle przyszedł po nas pan Robert, tata Andrewa, wołając nas na kolacje. Zawsze ktoś nas wołał,bo jak zwykle nie słyszeliśmy .Chłopcy odłożyli paletki i zeszliśmy na dół. Usiedliśmy tam gdzie było wolne miejsce. Pierwszy raz z nimi usiadłam. Zawsze szłam do mamy. To było całkiem zabawne. Dobrze,że teraz tam nie poszłam. Przy stole było całkiem miło. Jedliśmy ciepłe jajecznice i popijaliśmy to jeszcze cieplejszą herbatą. Stoły ustawione były w półokrąg ,jak zwykle. Ledwo się mieściliśmy. Każdy ze sobą rozmawiał. Zaczęłam rozglądać się po całym pensjonacie. Nic się nie zmieniło. Dalej był tam zawsze palący się kominek,po prawej jego stronie stół, a po lewej wielkie kanapy i mały stolik ,a przy nim telewizor. Obok telewizora okienko na brudne naczynia,a później drzwi, które prowadziły do kuchni, w których zawsze Andrew z Chrisem się chowali gdy graliśmy w cegłę. Obok drzwi wielki barek z drewna. Wysokie krzesła, można powiedzieć ,że można tam było kupić wszystko, oraz zapłacić za pokoje itp. Zawsze długo czekało się aż pan właściciel podejdzie czy właścicielka,bo mieli dużo na głowie. Obok barku, stała ciągle pusta lodówka na lody. Kiedyś była napełniona. Następnie dalej czerwony i w tym samym miejscu malutki śmietnik ,a zaraz przy nim wielkie tarasowe drzwi, dzięki którym przechodziło się na ogromny taras,a później na plac zabaw, następnie plac zabaw ,a łąke i las odgradzał ciemny płot, przez którego zawsze potrafiliśmy przeskakiwać. Zawsze czyste okna przez które sprawdzało się czy na dworze jest ciepło czy zimno. Nagle zauważyłam te niesamowite schody. Tyle się na tych drewnianych,skrzypiących schodach działo. Zawsze tam siedzieliśmy, zbiegaliśmy ,bawiliśmy, chowaliśmy pod nimi. Były kręte , następnie po prawej stronie był ten długi korytarz, ale można było pójsć dalej po prostych schodach na górę, tam gdzie byłam zawsze z chłopakami. Pomiędzy krętymi a prostymi schodami były barkierki przez które zawsze wkładaliśmy nogi, a nasi rodzice zawsze nas opieprzali, bo bali się ,że coś nam się stanie. Obok schodów jest pokój z bilardem , zawsze tam właśnie zaczynaliśmy grę w cegłe, a tą cegłą była bluza Andrewa czy jego zośka. Obok pokoju billardowego była łazienka dla chłopców i dziewczyn. Tam również się zawsze chowaliśmy. Obok nich zawsze ten sam duży wieszak, na którym widniała ciągle kurtka Andrew'a. Nic się nie zmieniło. Obok wieszaka, te drzwi przez które dzisiaj wchodziłam, no a obok nich znów wracamy do punktu wyjścia, czyli stołu,a obok niego kominek. Na środku całego pomieszczenia były wielkie białe stoły,przy których właśnie siedzieliśmy,oraz jeden dodatkowy stół na jedzenie. Cały pokój podtrzymywał wielki ,gruby słup. I to by było na tyle. Uwielbiam to miejsce. Ale nie można tego sobie tak od razu wyobrazić. Tam trzeba być, poczuć to.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz